Podjarany recką Saligii, odpaliłem sobie ponownie DA: Origins, w które nie grałem od roku, a którego jeszcze nie skończyłem. Lochy. Zamek. Lochy i zamek. Dostaje srogie baty od każdego pionka, mozolnie przebijam się przez każde małe plugastwo, zapisuje po każdej bijatyce. No masakra! Myślę sobie - "ale wyszedłem z wprawy!". No i gram dalej. Dostaje po dupie, za każdym razem muszę kilka razy "loadingować". Myślę sobie - "No powiedz to. Jesteś cienki jak dupa węża". Porażka. Nigdy nie zmniejszyłem w ciągu gry poziomu trudności! "Stałem się casualem, noobem!" - zawodzę w monitor. Już przywitałem się z tą myślą. Wszedłem w opcje, by zrobić to, co nieuniknione - stać się niczym gimnazjon, plugawym lamerem, grającym na najniższych poziomach trudności. Patrzę, a to był... koszmar.
moon
Stuff do obczajenia
-
Machinarium, przygodówka zapomnianego już, staroszkolnego systemu point&click. Czyli dziadka dla twardych, orzechowych problemów - ła...
-
Pojawił się teaser kolejnej, 3 już odsłony Ninja Gaiden. Wracając pamięcią do jedynki, przelatują mi siarczyste bluzgi... dlaczego? Bo je...
-
Bulletstorm - PC, XBOX 360, PS3 (People Can Fly) - Gra z "jajem". Jest luźno i zabawnie. - Pasująca do konwencji fabuła. - Sys...
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

TO widzę, że masz odwrotne sny do moich :P. Ja w swoich staje się prawdziwym hardko :)
OdpowiedzUsuń